|
Rozwój oświaty w
Brzozówce
Fragment "Kalendarium
Brzozówki" autorstwa Edwarda Stacha w opracowaniu Janiny i Janusza
Kitów
W podworskiej ,,Resztówce”
Po wielkim spustoszeniu
spowodowanym wojenną zawieruchą młode państwo polskie stanęło wobec
wielu zadań, wśród których wielką rolę odgrywać miało odbudowanie i
upowszechnienie oświaty, co oczywiście nie było łatwe.
Przełomową datą w rozwoju
oświaty w Brzozówce był rok 1949, kiedy to na złożony rok wcześniej
obywatelski wniosek mieszkańców Brzozówki – przysiółka wsi Zaczarnie
- utworzono pierwszą –jednoklasową na początku-szkołę zlokalizowaną
w pobliskim Krzyżu w budynku ,,Resztówki” podworskiej.
W budynku tym mieszkiwały
wówczas trzy rodziny. Wśród mieszkańców Brzozówki największym
osobistym zaangażowaniem w powstanie placówki wykazali się Jan
Kołodziej, Jan Kocoł oraz Stanisław Ligęza ,, którzy wiele
przyczynili się do przyspieszenia zorganizowania szkoły”.
Za całokształt pracy
dydaktyczno-wychowawczej odpowiedzialna była pierwsza i jedyna
nauczycielka w nowopowstałej szkole, pani Genowefa Świątek. Nad
utrzymaniem porządku w klasie czuwała pani Julia Wiatr, którą od
1965 r. zastąpiła pani Janina Kapustka. Praca ta również nie była
łatwą, zwłaszcza w sezonie zimowym, kiedy wczesnym rankiem, przed
godziną piątą należało napalić w piecu. Jak wspomina pani Janina
Kapustka - codziennie nosiła ze sobą wiązkę drewna na rozpałkę, a
podłogi zmywać trzeba było zimną wodą.
Początki były więc trudne.
Wyposażenie sali lekcyjnej stanowił wypożyczony ze szkoły w Lisiej
Górze mocno zużyty sprzęt składający się z trzech ławek
czteroosobowych, pięciu dwuosobowych i jednego stołu. A wszystko to
dzięki uprzejmości ówczesnego kierownika lisiogórskiej szkoły pana
Mieczysława Krywańskiego.
Wielkim sukcesem, było
powstanie w tymże 1949 roku Komitetu Budowy Szkoły z inicjatywy
mieszkańców Brzozówki, którzy pragnęli mieć własną szkołę na terenie
wioski.
W pierwszym roku szkolnym
1949/1950 do szkoły, w której realizowano program dla klas I-IV
uczęszczali wyłącznie uczniowie z Brzozówki. Uczniowie kończący
klasę IV kontynuowali naukę w szkole zbiorczej w Lisiej Górze.
Kolejnym etapem w rozwoju
placówki było utworzenie w 1950 r. i wyposażenie drugiej sali
lekcyjnej i zatrudnienie drugiej nauczycielki, pani Teresy Uchwat –
obowiązki kierownika szkoły powierzono wówczas pani Genowefie
Świątek. Nie było łatwo. Brakowało podstawowego sprzętu i pomocy
naukowych – z gromady Krzyż szkoła otrzymała ,,stoły w okropnym
stanie, połamane i brudne”, tablicę ,,pożyczyła od siebie” pani
Teresa Uchwat, dzięki zaś staraniom przewodniczącego Komitetu
Rodzicielskiego pana Stanisława Ligęzy szkoła otrzymała szafę.
Również sami uczniowie czynili starania w kierunku poprawy bazy
dydaktycznej szkoły - za ich pracę po godzinach nauki w Państwowym
Gospodarstwie Rybnym szkoła otrzymała od gospodarzy majątku mapę
fizyczną Polski.
W tymże roku szkolnym 1950/51
szkoła stała się samodzielną placówką z własnym obwodem szkolnym, do
którego należały: Brzozówka – przysiółek wsi Zaczarnie, Zagórze –
przysiółek wsi Pawęzów, dwa domy wsi Śmigno, siedem domów Lisiej
Góry oraz część wsi Zaczarnie – po dom Antoniego Kapustki.
Rok szkolny 1952/1953 to
kolejny krok w rozwoju placówki- szkoła realizowała już program 6 –ciu
klas szkoły podstawowej. Dzięki zabiegom pana Stanisława Ligęzy w
Wydziale Oświaty szkoła otrzymała 14 dwuosobowych ławek ,,w zupełnie
dobrym stanie i bardzo wygodnych dla uczniów klasy V i VI”
wycofanych z użytku w Liceum Pedagogicznym w Tarnowie.
Kolejny rok szkolny 1953/54
przyniósł nowe radości i smutki. Szkoła, znów dzięki staraniom pana
Stanisława Ligęzy, otrzymała ławki dla II klasy - ,,nowe 16 sztuk i
stolik dla nauczycielki” oraz 4 krzesła i nową tablicę. Natomiast
gmina w Lisiej Górze poczyniła starania o lepsze warunki sanitarne
dla uczniów i wybudowała nowe ustępy, które zastąpiły stare
drewniane. Niestety zamieszkującej dotąd jeden pokój w Resztówce
pani Teresie Uchwat wypowiedziano prawo do zajmowania lokalu i
zmuszona była odtąd do dojeżdżania, a jeszcze częściej do
dochodzenia pieszo z Tarnowa.. Czasami zmuszona była ona nocować na
łóżku za szafami w klasie.
Dwa następne lata szkolne
1954/55 oraz 1955/56 upłynęły pod znakiem problemów kadrowych
związanych z chorobą, a następnie macierzyństwem pani Teresy Uchwat
– Wójcik. Znów pan Stanisław Ligęza okazał się niezwykle pomocny-
tym razem wystarał się o nauczycielkę kontraktową, absolwentkę
liceum ogólnokształcącego panią Marię Radlińską, która dzielnie
starała się zastąpić przebywającą na zwolnieniu nauczycielkę.
Rok szkolny 1956/57 przyniósł
zmiany kadrowe. Pani Teresa Wójcik postanowiła poszukać sobie pracy
bliżej miejsca zamieszkania, natomiast zastąpiła ją pani Kazimiera
Łakoma, mieszkanka Brzozówki. Po odejściu ze szkoły dzieci
przewodniczącego Komitetu Rodzicielskiego pana Stanisława Ligęzy
przeprowadzono nowe wybory, w których wyłoniono nowego
przewodniczącego – pana Jana Kocoła.
Odwilż październikowa 1956 roku
była przełomem dla wielu Polaków, również dla lokalnej oświaty:
,,Zmienia się nasza praca na
przyjemniejszą. Zwrot w naszej polityce państwowej zaczyna się w
Październiku. W szkolnictwie odczuć można ulgę po jakimś wielkim
napięciu. Czujemy się teraz ludźmi, którzy swoje zdanie mogą głośno
powiedzieć, i nasze zdanie też będzie brane pod uwagę”.
Szkoła w tym roku szkolnym
wizytowana była przez kierownika Ośrodków Metodycznych, pana
Tymkowicza, który zalecił naprawienie tablic ortograficznych
uszkodzonych przez ... myszy.
W roku szkolnym 1957/58 do
szkoły uczęszczało już 52 uczniów. Przebiegał on dość spokojnie,
jeśli nie liczyć kolejnej wizytacji inspektora szkolnego pana
Wojciecha Smulskiego, epidemii grypy azjatyckiej i kłopotliwego
sąsiedztwa.
W następnym roku 1959/59 szkoła
liczyła już 56 uczniów, głównie ze względu na coraz to liczniejsze
klasy najmłodsze. Nie dziwi więc, że wobec trudnych warunków
lokalowych, coraz częściej ,,zaczyna się szerzyć między
społeczeństwem Brzozówki myśl o budowie nowej szkoły”.
Powróciła idea powstania
Komitetu Budowy Szkoły. Wówczas, podczas zebrania wybrano komitet,
którego przewodniczącym został Jan Kołodziej, jako ten ,,który miał
największe zasługi przy organizowaniu szkoły na Brzozówce”.
Pierwszym zadaniem komitetu
było ,,rozpatrzenie się za placem, który nadawałby się pod budowę
szkoły”. Rok szkolny 1959/60 rozpoczęty bez zmian w kadrze
nauczycielskiej, natomiast data 6 września 1959 roku z innych
powodów zapisze się na trwałe w pamięci mieszkańców Brzozówki. Po
wielu staraniach Komitetu Elektryfikacji, pod przewodnictwem pana
Stanisława Ligęzy: ,,Elektryka – dowód postępu i świadomości
społecznej, konieczności dla ułatwienia życia, dzięki rozumnym
ludziom stała się dobrodziejstwem”.
1960 to rok kolejnej wizytacji
pana inspektora Wojciecha Smulskiego, która przebiegała w
,,przyjemnej i koleżeńskiej atmosferze, pomimo że inspektora bolały
zęby”.
W roku szkolnym 1960/61 do
szkoły uczęszczało 62 uczniów. Kadra nauczycielska bez zmian.
W listopadzie 1960 roku odbyło
się zebranie Komitetu Rodzicielskiego, na którym krytycznie oceniono
roczną działalność Komitetu Budowy Szkoły i postanowiono powołać
nowy Komitet, któremu przewodniczyłby pan Stanisław Ligęza jako ten,
który ,,rzetelnie i mądrze prowadził sprawę elektryfikacji i
doprowadził do końca, pomimo że miał takie zdawałoby się nie do
pokonania trudności”. Pan Ligęza wyraził zgodę na
przewodniczenie Komitetowi, pod warunkiem wszakże, że w jego skład
weszliby ci, którzy wspólnie z nim pracowali w Komitecie
Elektryfikacyjnym. Tak oto powstał nowy Komitet Budowy Szkoły pod
przewodnictwem pana Stanisława Ligęzy z panem Tadeuszem Kocołem jako
skarbnikiem i panem Paluchowskim – sekretarzem. Prace komisji
nabrały odtąd tempa. Wytypowano trzy potencjalne lokalizacje nowej
szkoły, z których – ze względu na usytuowanie w centrum
wioski-najbardziej odpowiednia okazała się działka pana Stefana
Marszałka. Ustalono, że odbędzie się specjalne spotkanie, na które
zaproszony zostanie pan Marszałek i wspólnie omówią sprawę parceli.
Do spotkania takiego doszło w kwietniu 1961 roku i postanowiono z
dobrowolnych datków po 350 zł. od domu zebrać kwotę, za którą pan
Marszałek zgodził się sprzedać działkę tj. za 35.000,00 zł.
Rok szkolny 1961/62 przyniósł nadzieję na poprawę materialnej
sytuacji szkoły. Inspektorat Wydziału Oświaty w porozumieniu z
partią przydzielił szkole opiekuna – Przedsiębiorstwo
Wodno-Melioracyjne z Tarnowa. Przedstawiciele tego przedsiębiorstwa
spotkali się z kierownictwem szkoły, Komitetem Rodzicielskim oraz
Komitetem Budowy Szkoły w celu rozpoznania ogólnej sytuacji i
problemów, z którymi borykać się musi na co dzień placówka i
zapewnili, że szkoła uzyska – w miarę możliwości- wszechstronną
pomoc. I rzeczywiście – niedługo po tym spotkaniu szkoła otrzymała 2
komplety narzędzi do prac ręcznych. Na choinkę noworoczną natomiast
z rąk przedstawicieli opiekuńczego zakładu pana Romana Marka i
Stanisława Osmoli szkoła otrzymała projektor filmowy 8 mm wraz z
filmem. Na tym jednak nie koniec pomocy zaprzyjaźnionego
przedsiębiorstwa- w ramach prezentu na Dzień Nauczyciela zamontowali
oni w obu klasach, na korytarzu i przed szkołą światło elektryczne,
a także wzbogacili o 54 tomy księgozbiór szkolnej biblioteki.
Już 72 uczniów uczęszczało do
szkoły w roku szkolnym 1962/63, co - jak nietrudno się domyślić –
było powodem do radości, ale też zmartwienia, gdyż szkoła dalej
pozostawała jako dwuizbowa i stawała się coraz bardziej za ciasna.
Ten rok zapisał się w pamięci głównie z powodu rekordowo mroźnej
zimy. Mrozy sięgały nierzadko -40 °C, dlatego też Ministerstwo
zarządziło dwutygodniową przerwę w nauce, przedłużając jednocześnie
rok szkolny do końca czerwca. Mrozy i obawa rodziców o zdrowie
dzieci wpłynęły na słabą frekwencję w szkole, dlatego zaistniała
konieczność zorganizowania pomocy koleżeńskiej dla uczniów, którzy
dużo opuszczają. Sroga zima oraz troska o realizację materiału i
jego nadrabianie w każdym możliwym czasie zdominowały życie szkoły –
z powodu zimna nie odbyła się choinka, nie było czasu na
organizowanie imprez i uroczystości szkolnych. Był to zatem rok
szkolny trudny i pod sam koniec szczególnie smutny z powodu śmierci
6 czerwca jednego z uczniów.
Następny rok szkolny 1963/64
rozpoczął się bez zmian kadrowych, jednakże z mniejszą liczbą 63
uczniów.
Komitet Budowy Szkoły zebrał pieniądze potrzebne na zakup działki, dzięki
czemu po załatwieniu formalności prawnych szkoła mogła być ujęta w
ogólnym planie budownictwa państwowego na terenie powiatu. W
szkole sukcesywnie przybywa pomocy naukowych – nowe głośniki, lupy,
dużo obrazów- ale to kolejny powód do zmartwień, gdyż nie ma miejsca
na przechowywanie sprzętu, który składowany na ławce w klasie
niszczeje.
Rok szkolny 1964/65 rozpoczął
się, pomimo ciasnoty, optymistycznie: wszystkie dzieci ubrane w nowe
mundurki, w 100% zaopatrzone w podręczniki. 17 grudnia 1964 r. miało
miejsce wielkie, szczególnie radosne, wydarzenie w życiu szkoły –
oglądanie pierwszego programu telewizyjnego na otrzymanym z Wydziału
Oświaty telewizorze marki ,,Szafir”: ,,Cóż to była za radość,
zdziwienie, a nawet strach. Dla wielu dzieci było to coś
nadzwyczajnego, że aż dotykały i szukały za telewizorem tych,
których na ekranie oglądały”. Zaiste widać wielką radość z kolejnego
epokowego odkrycia, ale też ciasnota, ciężkie warunki pracy, a także
tradycyjne problemy z sąsiedztwem sprawiały, że wiele trzeba było
nadrabiać w tym roku szkolnym dobrym humorem.
Rok szkolny 1965/66 rozpoczął
się niezwykle atrakcyjnie, a to za sprawą ... żubra, który ,, w
najlepszej zgodzie z ludźmi” spacerował po Brzozówce: ,, Przez
nikogo nie zaczepiany, a z daleka oglądany potężny zwierz idzie
sobie drogą. Poje buraków, koniczyny, śpi nawet blisko ludzkich
osiedli, idzie w kierunku Lisiej Góry. Podobno nazywa się ,,Pulpit”
i wędruje z Bieszczad do Puszczy Niepołomickiej”. Z ważniejszych
wydarzeń w tym roku szkolnym wspomnieć również należy o zacieśnianiu
się współpracy ze szkołą w Pawęzowie, której uczniowie zostali
zaproszeni na akademię z okazji rocznicy Rewolucji Październikowej.
Nasi uczniowie zostali zaś w listopadzie zaproszeni na występ
objazdowego teatrzyku kukiełkowego.
Kolejnym przełomowym dla
rozwoju oświaty w Brzozówce był rok szkolny1970/71. Po rocznym
urlopie dla poratowania zdrowia wraca pani Genowefa Świątek
obejmując ponownie kierownictwo szkoły. W czwartym kwartale
1970 roku zaczęto zwozić materiały budowlane na nową szkołę. Budowa
- zgodnie z planem zatwierdzonym 06.12.1969 r. ,a przygotowanym
przez Wojewódzkie Biuro projektowe Budownictwa Wiejskiego w Krakowie
- ruszyła na dobre jednak w pierwszym kwartale 1971 roku. Inwestorem
budowy była Okręgowa Dyrekcja Inwestycji Miejskich w Tarnowie,
natomiast wykonawcą – Tarnowskie Przedsiębiorstwo Budownictwa
Ogólnego. W kwietniu 1971 r. szkoła złożyła w CEZASIE
zamówienie na sprzęt szkolny i pomoce naukowe. Zamówienie zostało
zrealizowane już tydzień po jego złożeniu, dlatego ,,wszystkie wolne
mieszkania i każdy kącik w prywatnych mieszkaniach na Brzozówce
zostaje zapełniony meblami i pomocami naukowymi”. Podobnie było z
materiałami budowlanymi, składanymi u mieszkańców Brzozówki.
W nowej szkole
Tempo budowy szkoły było
zawrotne, dlatego już 29 lipca 1971 roku nastąpiło uroczyste
otwarcie nowej szkoły. Znając wszelkie przeciwności losu, z
którymi zmierzyć się musiały pierwsze ,,siłaczki” w prowizorycznej
szkółce, trudno się dziwić wielkiej radości jaka towarzyszyła
rozpoczęciu roku szkolnego 1971/72. Tym bardziej, że zatrudniono
wielu nowych nauczycieli: Marię Madziarską, Helenę Michoń, Janinę
Kitę, Krystynę Szegdę, Apolonię Kosiniak oraz Antoninę Olszówkę.
Zatrudniono również więcej pracowników obsługi. Do pani Janiny
Kapustki dołączyła pani Maria Zapiór, woźnym został pan Józef
Kornaus, a palaczem c.o pan Stanisław Kocoł. W drugim roku
działalności nowej szkoły entuzjastyczną atmosferę panującą wśród
144 uczniów i grona nauczycielskiego zakłóciła choroba kochanej
przez wszystkich pani dyrektor Genowefy Świątek. Po ciężkiej
operacji stawu biodrowego, ta najbardziej zasłużona dla szkoły w
Brzozówce osoba nie wróciła już do pracy. Wydział Oświaty w Tarnowie
obowiązki pełnienia funkcji dyrektora powierzył pani Helenie Michoń.
W czasie jej kadencji wykonano instalację wodno-kanalizacyjną, bo
takiej oddana do użytku szkoła nie posiadała. Dzieci korzystały z
ubikacji znajdującej się na zewnątrz budynku szkolnego, co często
kończyło się ich przeziębieniem.
W czerwcu 1974 r. pani Helena
Michoń zrezygnowała z funkcji dyrektora i już od września tegoż roku
stanowisko to objął pan Stanisław Nowak, jedyny mężczyzna w gronie
pedagogicznym. Szybko zaskarbił sobie on sympatię uczniów,
nauczycieli i rodziców. Sytuacja finansowa w oświacie wciąż była
trudna, niepokój budziła dodatkowo wizja konieczności łączenia klas,
gdyż szkoła miała 107 uczniów a wymagany stan wynosił wówczas 120
uczniów. Dyrektorowi udało się jednakże ,,pozyskać” kilku uczniów ze
Szkoły Podstawowej w Zaczarniu oraz kilku ze Szkoły Podstawowej w
Krzyżu, dlatego wszyscy odetchnęli z ulgą zażegnując tę wielce
niekomfortową sytuację, zarówno dla uczniów, jak też dla
nauczycieli. Szkoła uzyskała w tym czasie pozytywną ocenę pracy
dokonaną przez Gminnego Dyrektora Szkół pana Zenona Zabawę i jego
zastępcę panią Jadwigę Depukat, którzy szczególnie podkreślali
wzorową działalność Samorządu Uczniowskiego i Drużyny Harcerskiej.
Z tym większym zdziwieniem
społeczność szkolna przyjęła wieść o tym, że w grudniu 1977 pan
dyrektor Stanisław Nowak postanowił zrezygnować z pełnionej funkcji
i pracy w zawodzie nauczycielskim. W ciągu sześciu lat
funkcjonowania nowej szkoły na kierowniczym stanowisku zmieniło się
trzech dyrektorów i ostatecznie znów pozostał ,,babiniec”. W
grudniu 1977 r. Wydział Oświaty w Tarnowie powołał – na wniosek
Gminnego Dyrektora Szkół- nowego dyrektora w osobie pani Janiny
Kity. Biorąc pod uwagę dużą płynność kadry kierowniczej w ostatnich
czasach nikt zapewne nie przypuszczał, że dyrektor Janina Kita na
stanowisku tym wytrwa aż 27 lat, tj. do roku 2004, do przejścia na
emeryturę po 40 letniej służbie w zawodzie nauczycielskim.
W pierwszym okresie
dyrektorowania pani Janina Kita postawiła na estetyzację szkoły i
jej posesji. Temu celowi miały służyć między innymi konkursy na
najładniejszą klasę. Dzięki temu klasy i korytarze zapełniły się
kwiatami i barwnymi dekoracjami, natomiast przed szkołą powstały
klomby kwiatowe, zasadzono wiele krzewów ozdobnych o kwiaty w misach
ceramicznych zdobiły wejście do szkoły. Nie dziwi więc, że
odwiedzający szkołę chwalili jej wygląd. Wielka w tym zasługa pani
Marii Topolskiej, nauczycielki plastyki i utalentowanej duszy
artystycznej. Również ona całe swoje życie zawodowe –30 lat-
poświęciła pracy w Brzozówce. Uczniowie pod jej kierunkiem osiągali
liczne sukcesy w konkursach plastycznych nawet na szczeblu
ogólnopolskim. Warto pamiętać, że obraz Matki Bożej Niepokalanej jej
autorstwa znajduje się w kościele parafialnym w Brzozówce.
Pod koniec lat
siedemdziesiątych pracę w szkole podejmują trzy młode nauczycielki-
pani Grażyna Lipnicka (Wróblewska) nauczycielka ,,zerówki”, pani
Stanisława Wawrzonek (Kijak) nauczycielka biologii oraz pani Halina
Zaucha (Kaziród). Pani Kaziród, wspaniała nauczycielka i koleżanka
nadal przekazuje najmłodszym uczniom w szkole swoją wiedzę i
kształtuje ich charaktery. Panią Wróblewską po 10 latach pracy
zastępuje w roku 1987 pani Renata Biedroń i z wielkim zaangażowaniem
przygotowuje dzieci do podjęcia nauki szkolnej do chwili obecnej.
Lata osiemdziesiąte również w oświacie były ,,latami chudymi”,
szkoła borykała się nieustannie z problemami finansowymi, a zakup
nowych pomocy naukowych zawsze związany był z ,,szukaniem
znajomości”. Niepokojący nastrój społeczno-polityczny i trauma stanu
wojennego udzieliła się również polskiej szkole. Nauczyciele starali
się jak mogli oszczędzić dzieciom tych przykrych przeżyć między
innymi poprzez organizację wielu dodatkowych zajęć pozalekcyjnych –
robili to oczywiście nieodpłatnie.
W roku szkolnym 1981/82 za
odchodzące do innych szkół nauczycielki panią Antoninę Kurek
(polonistkę) i panią Jolantę Łakomy (nauczycielkę w-f) zatrudnione
zostały pani Barbara Cierpich (Gajda) oraz pani Ewa Zając (Stępień).
Wybór okazał się świetny. Pani Cierpich z wykształcenia tłumacz
języka rosyjskiego (podówczas obowiązkowego przedmiotu szkolnego)
doskonale znała też język niemiecki, czego nie sposób było nie
wykorzystać, wprowadzając w klasach VII-VIII dodatkowo nauczanie
języka niemieckiego. Pani Cierpich nauczała też języka polskiego
oraz jako wspaniała opiekunka Samorządu Uczniowskiego. Pani Ewa
Zając, energiczna dziewczyna o dużych czarnych oczach porwała do
uprawiania sportu uczniów klas IV-VIII. Jej wyjątkowy urok osobisty
przyczynił się zapewne do tego, że mocniej zabiły serca nastolatków
ze starszych klas, a na ławkach, stołach tenisowych i rakietkach do
ping-ponga pojawiły się napisy ,,LOVE EWKA”.
W roku 1982/83 powstaje szkolny
zespół muzyczny prowadzony przez pana Michała Śliwę, a w roku
1985/86 kółko taneczne prowadzone przez panią H...Kowalczyk.
Dobra passa szkoły trwa- w roku
szkolnym 1984/85 szkoła pozyskuje dwa prawdziwe talenty pedagogiczne
– panią Ewę Drelicharz (polonistkę) i panią Zofię Strączek
(nauczycielkę biologii), która zastąpiła przebywającą na urlopie
macierzyńskim, a następnie wychowawczym panią Stanisławę Kijak.
Okazało się też, że pani Zofia Strączek zna świetnie język angielski
i to ona właśnie była pierwszą w szkole nauczycielką tego języka w
roku szkolnym 1986/87.
Ważnym wydarzeniem w historii
wioski było uzyskanie w 1984 r. rangi sołectwa i odłączenie się od
Zaczarnia, którego przez wiele lat Brzozówka była przysiółkiem.
Ogromna w tym zasługa między innymi drugiego, po panu Stanisławie
Ligęzie, wielkiego społecznika, który przyczynił się między innymi;
do rozwoju sieci kanalizacyjnej we wsi, powstania sieci
telekomunikacyjnej, powstania w 2006 roku drużyny Ochotniczej Straży
Pożarnej, budowy chodnika wzdłuż głównej ulicy Brzozówki, a w
późniejszym czasie do rozbudowy szkoły, która – jak się szybko
okazało- nie spełniała już standardów placówki na miarę XX wieku. W
dziesięć lat później efektem jego społecznikowskiej działalności
będzie powstanie w Brzozówce samodzielnej parafii.
Przykrym wydarzeniem dla szkoły
był fakt, że w 1985 r. z pracy w szkole zrezygnowała pani Helena
Michoń wielce zasłużona dla szkoły i wybitna nauczycielka
matematyki. Przez dwa lata zastąpił ją na tym stanowisku pan Jan
Kuca.
Szkoła od zawsze mogła liczyć
na rodziców, którzy jak mogli wspomagali jej rozwój. W 1985 roku
powstał Wiejski Komitet Pomocy Szkole, któremu przewodniczyła pani
Krystyna Cygan. Jedną z ważniejszych inicjatyw Komitetu miała być
budowa sali gimnastycznej, której szkoła odczuwała wyraźny brak.
Ustalono nawet kwotę po 1000 zł. od każdego domu na ten cel, ale
okazało się, że rodziny, które nie posyłały dzieci do szkoły nie
wykazały zainteresowania taką formą pomocy i ostatecznie zebrano
niewielką stosunkowo kwotę, która przeznaczona została na żwir i
piasek na asfaltowe boisko do piłki ręcznej i siatkówki. Oczywiście
zebrana kwota była niewystarczająca, aby sfinansować całość
inwestycji, dlatego nieocenioną pomoc w budowie boiska szkoła
otrzymała od pana Ryszarda Madeja, dzięki którego staraniom boisko
nieodpłatnie zostało wykonane przez Rejon Dróg Publicznych w
Dąbrowie Tarnowskiej. Przedsiębiorstwo podarowało również szkole
masę asfaltową.
Ewenementem na skalę
województwa było nauczanie religii w szkole. Dotąd nauczanie religii
odbywało się w domach prywatnych, co było powodem wielu kłopotów,
miedzy innymi ze względu na częstą zmianę lokalizacji punktu
katechetycznego, a także na odległość, jaką uczniowie musieli
pokonywać do szkoły, czasami biegnąc na lekcje ponad 1 kilometr.
Szczęśliwym zbiegiem okoliczności była nauczycielka, pani Zofia
Strączek w 1989 r. została zastępcą Inspektora Oświaty w Lisiej
Górze i wspólnymi siłami szkoła walczy w Kuratorium o umożliwienie
nauki religii w szkole. Dzięki panu Wizytatorowi Józefowi
Kosteckiemu w roku szkolnym 1990/91 ksiądz katecheta Stanisław
Jędrzejczyk mógł rozpocząć naukę religii w szkole.
W tymże samym roku pracę w
naszej szkole podejmuje pani Beata Schab (Starzyk) – nauczycielka
wychowania fizycznego, ponadto od kilku lat skutecznie i twórczo
opiekuje się Samorządem Uczniowskim, a od roku szkolnego 2006/2007
pełni funkcję zastępcy dyrektora szkoły.
Trzy lata później pracę zaczyna
pani Renata Kossowska –nauczycielka historii i języka polskiego oraz
pani Beata Markiewicz – wielce oddana swojej pracy nauczycielka
biologii, a obecnie także matematyki.
Przełom lat dziewięćdziesiątych
był dla szkoły okresem licznych sukcesów dydaktycznych szkoły.
Siedmiu uczniów odnosi sukcesy w konkursach na szczeblu wojewódzkim
(język polski –3; biologia –2; historia –1; technika – 1), natomiast
jedna uczennica została finalistką ogólnopolskiego konkursu
recytatorskiego poezji rosyjskiej.
Szkoła podejmuje wiele
znaczących działań. Między innymi włącza się do ogólnopolskiej akcji
,,Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” Jurka Owsiaka (pani Elżbieta
Czas nauczycielka matematyki, obecnie pani Joanna Morawiec –
nauczycielka języka angielskiego). Szkoła staje się gospodarzem
gminnego konkursu ortograficznego ,,Ortograficzna Corrida, czyli
walka z bykami” (pani Ewa Drelicharz), gminnego konkursu
czytelniczego ,,Jeden z najlepszych” (pan Janusz Kita). Samorząd
Uczniowski pod kierunkiem pani Renaty Kossowskiej i pomocy pani
Elżbiety Czas wydaje gazetkę ,,Brzozówkowe Echo”. Od kilu lat szkoła
przygotowuje też w kościele parafialnym środowiskową akademię
patriotyczną z okazji kolejnych rocznic uchwalenia Konstytucji 3
Maja.
Jak wiadomo sukcesy
uskrzydlają, a dodatkową nadzieją było objęcie prawnej opieki nad
szkołami przez samorządy. W 1994 r. samorząd gminny z panem Wójtem
na czele nie szczędzi sił, aby szkoły na terenie gminy były
placówkami na wskroś nowoczesnym i oto powstają nowe budynki szkół,
sale gimnastyczne. Nie dziwi więc, że odżyła nadzieja na posiadanie
własnej sali gimnastycznej, której brak jest coraz dotkliwiej
odczuwany.
W roku szkolnym 1994/1995 do
grona nauczycieli dołączył były wychowanek szkoły, muzyk Piotr Kita.
Wnosi on duży wkład w artystyczny rozwój szkoły, stworzone przezeń
zespół instrumentalny i chór szkolny osiągają wiele sukcesów w
konkursach na szczeblu wojewódzkim oraz gminnym, gdzie nasi
uczniowie są w zasadzie bezkonkurencyjni. Pod artystycznym
kierownictwem pana Piotra Kity i pani Ewy Stępień powstał dodatkowo
zespół muzyczno-ruchowy ,,Brzozówczanki”, którego sukcesy znane były
w całym wojewódzkie. Zespół dwukrotnie zdobywał III miejsce w
Wojewódzkim Przeglądzie Dorobku Artystycznego Szkół i wielokrotnie
zapraszany był przez władze Tarnowa do prezentacji programu
artystycznego podczas ważnych uroczystości na terenie miasta. Trzeba
przyznać, że szkoła miała w tym czasie szczęście do ludzi dobrej
woli, którzy finansowo wspierali talenty uczniów. Wśród nich
najbardziej oddani byli Państwo Zofia i Karol Strączkowie, Państwo
Jadwiga i Piotr Tarsowie, dzięki którym szkołę stać było na zakup
sprzętu muzycznego i nagłośnieniowego, sportowego, kserokopiarki,
dywanu, strojów. Sponsorami wielu przedsięwzięć i nagród byli Ojciec
Francesco Puddu oraz lokalni przedsiębiorcy – Pan Dariusz Kalina
właściciel firmy ,,Delpol”, Pan Stefan Nowak właściciel firmy ,,Unopol”,
czy właściciele stacji paliw ,,A-A”.
W szkole działa wiele kół
zainteresowań (recytatorskie, teatralne, plastyczne, taneczne,
ekologiczne), w większości prowadzonych przez nauczycieli
nieodpłatnie na zasadzie wolontariatu. Dorobek artystyczny szkoły
wielokrotnie prezentowany był podczas uroczystości gminnych, głównie
o akademii charakterze patriotycznym, w których zdaniem dyrektora
GOK, pana Edwarda Kędzierskiego szkoła się specjalizuje.
Nie zabrakło także wsparcia
duchowego, które szkoła otrzymuje od Ojca Francesco Puddu, zakonnika
z Włoch i nauczyciela religii, który przyczynia się ostatecznie do
powstania w 1994 r. na terenie wioski samodzielnej parafii pod
wezwaniem Najświętszej Marii Panny Wniebowziętej. Na uwagę zasługuje
też działalność duszpasterska i kulturalna Zakonu Synów Maryi.
Ważną datą dla polskiej oświaty
był rok szkolny 1999/2000 w związku z wprowadzeniem Reformy Systemu
Oświaty. Odtąd szkoła podstawowa będzie szkołą sześcioklasową, a
uczniowie kończący w tym roku szkolnym klasę VI kontynuowali swą
edukację jako uczniowie I klasy Gimnazjum w Lisiej Górze.
W tym czasie udało się znacznie
poprawić warunki techniczne i estetykę szkoły. Wiele starań w tym
kierunku poczynił ówczesny sołtys pan Edward Kłęk oraz radni Rady
sołeckiej. W 1999 r. szkoła otrzymała nowe czterospadowe pokrycie
dachowe, zastępując tym samym wysoce awaryjny stropodach. Wymieniono
drzwi wejściowe, podłogi we wszystkich salach oraz szafki ubraniowe
na pierwszym piętrze. Rok 2001 przyniósł modernizację instalacji
centralnego ogrzewania, a stare piece koksowo-węglowe zastąpiły w
pełni zautomatyzowane kotły gazowe, wymieniona została również
stolarka okienna, a także wykonano ocieplenie budynku z estetyczną
nową elewacją. W 2002 roku przed frontową stroną budynku szkoły
położono kostkę brukową, zastępując tym samym mocno zniszczone już
betonowe płyty. Trzeba przyznać, że te kosztowne inwestycje w
znakomity sposób przyczyniły się do poprawy estetyki i warunków
lokalowych, jednakże w dalszym ciągu wielką bolączką szkoły był brak
sali gimnastycznej i konieczność prowadzenia zajęć ruchowych na
korytarzu, co stwarzało problem dla uczniów i nauczycieli
prowadzących w tym czasie zajęcia, ze względu na hałas towarzyszący
sportowym zmaganiom. W tym samym 2002 roku na zasłużoną emeryturę
odchodzi pani Maria Madziarska, nauczycielka wychowania
przedszkolnego i nauczania początkowego. Wspaniały pedagog,
wspaniała koleżanka oraz wieloletni zastępca dyrektora szkoły. Na
jej miejsce zatrudniona została pani Edyta Kłósek – niezwykle
sumienna nauczycielka kształcenia zintegrowanego.
Najwięcej zmian kadrowych było
na stanowisku nauczyciela języka angielskiego. Zatrudniona obecnie
pani Joanna Morawiec jest siódmym specjalistą w zakresie nauczania
tego przedmiotu.
Artystyczne tradycje szkoły i
bardzo dobra oferta edukacyjna poparta powyżej średnimi i wysokimi
wynikami ogólnopolskich sprawdzianów zewnętrznych to poważne atuty
szkoły, jednakże niewystarczające, aby sprostać na rynku konkurencji
i rywalizować z nowoczesnymi placówkami. W 2004 roku, po przejściu
wieloletniego dyrektora szkoły, pani Janiny Kity na zasłużoną
emeryturę, do konkursu na stanowisko nowego dyrektora szkoły
przystąpił pracujący od września 2001 r.(zastąpił on panią Ewę
Drelicharz, która otrzymała propozycję pracy w wiodącym tarnowskim
gimnazjum) na stanowisku nauczyciela języka polskiego pan Janusz
Kita. W swojej konkursowej koncepcji pracy szkoły ,,Szkoła z
przyszłością. Priorytety rozwoju” przedstawił plan uczynienia ze
szkoły w Brzozówce placówki na miarę XXI wieku. Oprócz rozwiązań
mających wpływ na usprawnienie codziennej pracy szkoły, przedstawił
program poprawy bazy lokalowej szkoły, oparty na rozbudowie
istniejącego budynku o salę gimnastyczną, powstanie świetlicy
szkolnej, nowoczesnego centrum informacji, zaplecza kuchennego oraz
nowoczesnej sali informatyczno-językowej, a także wystąpił o
reaktywację idei skautingu w szkole – formacji o niezaprzeczalnych
walorach wychowawczych. Brak takiego zaplecza stawiał szkołę na
przegranej pozycji w konkurowaniu z nowoczesnymi placówkami, które w
dobie niżu demograficznego coraz silniej starały się pozyskać
uczniów spoza własnych obwodów. W praktyce szkoła ,,traciła” wielu
uczniów z własnego obwodu (ok. 30%), na szczęście tyle samo
pozyskiwała z sąsiednich obwodów. Dzięki przychylności dla tych idei
władz samorządowych z panem wójtem Stanisławem Wolakiem na czele, a
także dalekowzrocznej wizji lokalnych władz samorządowych –
ówczesnego pana sołtysa Edwarda Stacha, a następnie pani sołtys
Zofii Zych oraz stuprocentowego poparcia zgromadzenia wiejskiego dla
idei rozbudowy szkoły w kształcie zaproponowanym przez dyrektora
szkoły, już w 2006 roku rozpoczęto prace geodezyjne i
wodno-kanalizacyjne związane z mającym powstać budynkiem. Od razu
przystąpiono do wykonania projektu architektonicznego budynku, w
którym oprócz sali gimnastycznej zawierać miał trzy sale lekcyjne,
pokój nauczycielski, zaplecze sanitarne, szatnie, pomieszczenie na
sprzęt sportowy, kantorek nauczyciela wychowania fizycznego oraz
kotłownię. Prace nabrały niesamowitego tempa. W maju 2007 roku firma
,,Samson” z Tarnowa w drodze przetargu rozpoczęła roboty ziemne i
zakończyła prace na stanie zerowym, tj. na wykonaniu fundamentów. W
2008 r. ta sama firma wykonała stan surowy otwarty budynku – budowli
istotnie imponującej pod względem rozmiarów. Zaangażowanie w
inwestycję i ogromne wsparcie ze strony władz lokalnych pozwalają
teraz optymistycznie spoglądać w przyszłość i tylko kwestią czasu i
cierpliwości jest ten dzień, w którym uczniowie będą mogli uczyć się
w prawdziwie nowoczesnej szkole.
W trakcie budowy przeprowadzono
między innymi inwestycje, które korespondują z całością zamysłu
koncepcyjnego. Przeprowadzono kapitalny remont sali, która docelowo
przeznaczona ma być dla najmłodszych uczniów w szkole – oddziału
przedszkolnego. I tak dzieci otrzymały obszerną, estetycznie
wykończoną salę, w której jest miejsce zarówno na naukę, jak i
zabawę. Ponadto z myślą o najmłodszych uczniach szkoły (klasy 0-III)
i ich rodzicach zorganizowano – ze względu na warunki lokalowe –
półświetlicę, w której pod fachową opieką pani Jolanty Maciak dzieci
rozwijają swoje zainteresowania, otrzymują pomoc edukacyjną, a nade
wszystko bezpiecznie spędzają czas w oczekiwaniu na powrót rodziców
z pracy. Często korzystają też z przywożonego na miejsce ciepłego
posiłku.
Wiele zatem przeszła Szkoła
Podstawowa w Brzozówce od jej skromnych początków w podworskiej
,,Resztówce” do czasów współczesnych, w których ma szansę stać się
prawdziwie europejską placówką.
Legenda Brzozówki
Dawno, dawno temu, a może
całkiem niedawno... Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami, a
może całkiem niedaleko stąd, ta niesłychana rzecz się działa...
Niewielkim królestwem u podnóża wielkich gór władał wówczas król
srogi i niesprawiedliwy. Źle wiodło się poddanym tego władcy. Od
świtu do zmierzchu uprawiali królewskie pola i wypasali królewskie
stada, a ich zapłatą było wyżywienie tak marne, że ledwo przy życiu
ich trzymało. Jednym z pasterzy strzegących trzód królewskich był
człowiek poczciwy i prawego serca, a na imię miał Jakub.
Jemu szczególnie źle się wiodło
ze swą nieliczną już, pozostałą przy życiu rodziną. Utrzymywał ją
tylko z tego, co otrzymał od skąpego władcy. Pewnego razu,
pilnując królewskiego stada, spotkał on kobietę równie ubogą, jak
on, a jej opłakany wygląd i niepewny chód wskazywały, że jest ona u
kresu sił.
- Dokąd zmierzasz poczciwa
kobiecino?- zagadnął Jakub.
- Sama tego nie wiem dobry
człowieku. Wiem tylko, że szybko muszę znaleźć jakieś zajęcie, aby
zarobić na pożywienie dla moich dzieci. Od dwóch dni idę przed
siebie, ale znikąd żadnej pracy- odparła resztką sił niewiasta.
Kobieta upadła z wycieńczenia,
a Jakub, podając jej wodę i chleb, z troską w głosie rzekł:
- Widzę, że słaba jesteś i
zmęczona Odpocznij trochę, bo bliżej tobie do nieba, niż do ciężkiej
pracy. Sam jestem ubogim królewskim pasterzem i znam biedę, jak
własną kieszeń. Weź najdorodniejszą z tych owiec, a ty i twoja
rodzina nie zaznacie już głodu ni chłodu- rzekł Jakub wskazując na
wielkie stado owiec.
- Masz dobre serce pasterzu,
ale za grosz rozumu. Przecież głową za to zapłacisz- odparła słabym
głosem kobieta.
- W tym oto królewskim stadzie
pasą się także moje owce - skłamał Jakub- nic mi nie grozi. Weź
powiadam najdorodniejszą z nich i wracaj do swoich dzieci.
- Jesteś dobrym człowiekiem. Z
całego serca ci dziękuję. Ale ty też musisz ode mnie coś przyjąć.
Weź ten zwój. Są na nim napisane magiczne słowa, których nie
odczytasz, ale jak będziesz kiedykolwiek w potrzebie, poszukaj
najwyższego samotnego drzewa w okolicy. Jak dzwon na zamku
królewskim trzy razy wybije, patrz, gdzie pada cień tego drzewa. Idź
w kierunku wskazanym przez cień tak długo, aż spotkasz człowieka. A
gdy go już znajdziesz, daj mu ten zwój.
Tymi słowami poczciwina
pożegnała starego pasterza, a tymczasem do króla dotarła wieść, że w
jego stadzie brakuje jednej owcy. Schwycili przeto strażnicy
królewscy Jakuba i siłą doprowadzili przed oblicze władcy.
- Miłościwy królu – oto
winowajca! – chórem odezwali się rycerze
- Pastuchu! W stadzie, nad
którym oddałem ci pieczę brakuje jednej owcy. Co masz na swoje
usprawiedliwienie?! – zagrzmiał król
- Wasza miłość. Stary jestem i
wzrok mnie już zawodzi, a i przysnąć mi się zdarza. Może porwał ją
zwierz dziki albo człowiek niecnych zamiarów, ale na swoje
usprawiedliwienie nic nie mam – odrzekł pokornie Jakub
- Wiesz, jaka kara spotyka
tych, którzy zawiedli moje zaufanie! Katowski miecz już czeka!
Jednakowoż są dziś moje imieniny, ty zaś pół wieku wiernie mi
służyłeś bez skargi na ciebie! Zaniecham twojej nieszczęsnej siwej
głowy, ale zanim słońce zajdzie - idź precz z mojego królestwa! –
wykrzyczał król, sam nie dowierzając swoim łaskawym słowom.
Jakub padł na kolana, zalany
łzami jął prosić króla.
- Miłościwy panie! Już lepiej
mnie strać! Ta ziemia, to całe moje życie
- Idź precz powiadam – wrzasnął
władca - i nie sprzeciwiaj się woli króla! Straż! Wyprowadzić!
Po tych słowach króla, rycerze
bezzwłocznie wyprowadzili starca i wyrzucając poza bramy
królewskiego zamku, wskazali drogę. Czym prędzej udał się Jakub do
swej nędznej chaty i od progu samego zwrócił się do bliskich.
- Anno, Bolku zabierajcie nasz
nędzny dobytek
- Ale co się stało na miły
Bóg?- zapytała zaniepokojona Anna, żona Jakuba
- Czym prędzej musimy opuścić
to królestwo, nie ma innej rady – wyznał stary pasterz
- Ależ ojcze! Dlaczego?
Skromnie nam tutaj, ale czy źle nam się tu żyje? – zaniepokojony
Bolko zapytał ojca
- To jest królewski rozkaz!
Jeśli nie chcecie być skróceni o głowę, róbcie, co powiadam! – z
rezygnacją wyrzekł Jakub
- Jakubie, na Boga! Cóżeś
takiego uczynił, żeby zasłużyć na gniew króla? Czym zawiniliśmy? –
bliska łez Anna zapytała męża
- Nie uczyniłem nic złego –
tyle mogę powiedzieć. Ale teraz nie mamy czasu. Ruszajmy czym
prędzej, a po drodze wszystko wam opowiem. Ruszajmy moi mili.
Cóż teraz mogli począć
nieszczęśni? Udali się w daleką, nieznaną, pełną niebezpieczeństw
drogę, zgodnie ze wskazówkami poczciwej niewiasty. Już opadali z
sił, gdy na ich drodze niespodziewanie pojawił się szałas dziwnego
człowieka, który medytując z zamkniętymi oczami niczym wróż jakiś,
zwrócił się do tułaczy tymi słowy.
- Dokąd zmierzacie wędrowcy?-
zagadnął dziwny ten człek
- Myślę że – jeśli wierzyć
pewnej kobiecinie – właśnie do ciebie panie. Postępowaliśmy wedle
jej wskazówek: obraliśmy kierunek i jesteś pierwszym człowiekiem,
którego spotykamy na swojej drodze – odpowiedział śmiało pasterz
- A kto jest z tobą? – zapytał
- To moja żona Anna i jedyny
już syn mój Bolko – odrzekł prędko starzec
- A dlaczego to owa kobiecina
wskazała wam tę drogę?- zagadnął wróżbita
- Pomogłem jej niegdyś w pewnej
sprawie, niestety za czyn mój wygnany zostałem z królestwa –
odpowiedział skromnie Jakub
- Oj biada nam biada, panie –
żaliła się Anna
- Jest mi bardzo przykro, ale
cóż jeszcze powiedziała ta kobieta? – zapytał wróż
- Dała mi ten oto zwój, którego
niestety przeczytać nie potrafię. Tobie właśnie kazała mi go dać –
rzekł Jakub wręczając wróżbicie zwój pergaminowy.
Wróżbita długo wpatrywał się w
zwój, a na jego twarzy rysowało się stopniowe zrozumienie i smutek
zarazem.
cz³owiek
mi³o?æ
Wolno?æ
Wróżbita zwinął zwój i -
oddając go Jakubowi - zwrócił się do przybyszów
- Już wiem kim była ta
nieszczęsna niewiasta. To siostra moja rodzona i przykro mi słyszeć,
że źle się jej wiedzie. Mnie nazywają Prohor i jestem wróżbitą, a na
zwoju tym są zapisane magiczne słowa, coś w rodzaju rodzinnego
szyfru. Wiem jedno – muszę wam pomóc i chyba wiem jak- powiedział
smutnym głosem pustelnik
- Dobrodzieju! Cóż zatem
uczynić mamy?- z nadzieją w głosie zapytała Anna
- Weźcie ten zwój i udajcie się
w kierunku tego ciemnego i ponurego lasu. Najpierw dojdziecie do
rzeki, której wody wydają się tak samo ciemne, jak ten las. Nad tą
rzeką, przy wysokim dębie, swój szałas ma córka moja Kama. Mieszka
tam sama, bo odludek z niej straszny – podobnie zresztą jak ja, i
podobnie jak ja posiada ona dar albo przekleństwo może –sam nie wiem
– wróżenia... – pouczył przybyszów Prohor.
- Wielkie dzięki wróżbito, nie
zapomnimy ci nigdy tego, coś dla nas uczynił. I modlił się będę o
twoje zdrowie. I o to też, abyśmy kiedykolwiek mogli się tobie
odwdzięczyć – grzecznie rzekł Bolko.
- Miło mi to słyszeć młody
człowieku, ale to ja będę wam wdzięczny dozgonnie, a zwłaszcza tobie
Jakubie, że pomogłeś mojej kochanej siostrze. Ale idźcie już na
Boga, bo słońce zachodzi! Nie zwlekajcie! I pozdrówcie moją
córuchnę!
Udali się wędrowcy w kierunku
wskazanym przez Prohora, nad rzekę pod wysoki dąb, gdzie szałas swój
miała wieszczka Kama, córka Prohora.
- Witaj panienko! Wróżbita
Prohor wskazał nam tę drogę i –jeśli się nie mylę –jesteś córką
jego? – zapytał Jakub, gdy zbliżyli się do szałasu wróżbitki
- Zaiste, jestem córką
wróżbity, miło was poznać. A cóż to was do mnie sprowadza? –
zapytała uprzejmie Kama
- Znać, żeś uprzejmą i mądrą
niewiastą... – zaczął Jakub
- I piękną tatko... – wtrącił
się Bolko
- Cicho, nie przerywaj mi
Bolko! – uciszał Jakub syna, trącając go lekko łokciem - Otóż ja, a
na imię mam Jakub, moja żona Anna i ten nicpoń Bolko, zostaliśmy
wygnani z królestwa. Wcześniej spotkałem kobiecinę poczciwą, która
okazała się twoją ciotką, i która dała mi ten zwój, i wskazówki, co
mam z nim zrobić. Po wielu dniach wędrówki dotarliśmy do ojca twego,
a ten zaś skierował nas do ciebie, abyś objaśniła nam sens tych
słów, które jakoby szyfrem jakimś być mają.
Jakub wręczył zwój Kamie, ta
zaś szybko go przeczytała i odeszła trochę na bok, ale do wędrowców
i tak dotarły jej słowa
- Wiedziałam, że dzień ten
kiedyś nadejdzie, że spełni się przepowiednia i odtąd to ponure i
zapomniane przez wszystkich miejsce na zawsze zmieni swoje oblicze –
głośno myślała Kama. Te trzy słowa – tu zwróciła się do wędrowców -
mają wielką wartość i wielką moc, te trzy słowa, to wszystko, co dla
ludzi jest najważniejsze. Bez nich człowiek jest jak ziemia jałowa,
jak matka bez potomstwa
- Jakie piękne jest to, co
mówisz moje dziecko, ale bardzo to wszystko tajemnicze i chyba
trochę lekiem nas napawa... – w głosie Anny wyczuwało się
zmartwienie
- I słusznie, i niesłusznie się
obawiacie. Przed nami bowiem wędrówka przez ponury i mroczny las,
pełen dzikich zwierząt i innych niebezpieczeństw. A największe z
nich czyha w Smoczym Wąwozie, bo właśnie tej jedynej drogi do
naszego celu strzeże okrutny smok. Niejednego śmiałka ma on już na
sumieniu. Ale nie martwcie się, poradzimy sobie z tym. Wszak znamy
magiczne słowa. Niedługo przekonacie się jaką mają moc – w słowach
Kamy wyczuwało się nadzieję i radość.
- Nie wiem, czy się nie mylę,
ale jeśli dobrze zrozumiałem, to będziesz nam towarzyszyć w tej
wyprawie? – upewniał się Jakub
- Tak Jakubie, wyruszę razem z
wami, tak jak stoi w przepowiedni... – tajemniczo obwieściła
wróżbitka
- Niech ja tylko dopadnę tę
bestię! – wymachując pięścią, z zacięciem w głosie wykrzyczał Bolko
na wieść o drodze przez Smoczy Wąwóz
- Nie odgrażaj się Bolko,
niejeden śmiałek już tak mówił – strofowała syna Anna
- A wiadomo choć, co celem jest
tej naszej wyprawy? – zapytał Jakub
- Pewnie was to zdziwi, ale
jest to ziarno pewnego drzewa – oznajmiła Kama
- A jakież ziarno warte jest
tego, aby narażać się na takie niebezpieczeństwa? –zapytała z
zatroskaną miną Anna
- Tyle tylko powiem, że ono
odmieni wasze życie. Bądźcie cierpliwi i zaufajcie mi. A teraz
posilcie się i odpocznijcie trochę przed wyprawą. Niedługo wyruszamy
– zaleciła piękna wróżbitka
Gdy wypoczęli i posilili się,
nastał czas najwyższy, aby wyruszyć w dalszą drogę.
Podjęli ten trud wędrowcy, choć
droga wedle słów Kamy była trudna i niebezpieczeństw pełna, bo
wiodła przez Ponury Las. Wiele uszli dzielni podróżnicy, ale
niewiele mieli do stracenia, a za to dużo do zyskania. Cały czas na
duchu podnosiła ich przewodniczka – mądra i piękna Kama.
- Kamo, może odpoczęlibyśmy
trochę - siły u mnie i Jakuba już nie te, co dawniej – zapytała
strudzona Anna
- Samej mnie to przyszło na
myśl, tym bardziej, że jesteśmy już blisko Smoczego Wąwozu –
odpowiedziała Kama
- To spocznijmy nieco – rzekł
Jakub, który też był u kresu sił. Bolko! Chodź tu do mnie! – zawołał
do siebie Jakub syna, a Anna podeszła do dziewczyny
- Tak, jak tatko każe...
–posłusznie odrzekł Bolko.
Poszli nieco na bok, aby
niewiasty nie usłyszały sekretnej ojca z synem rozmowy.
- Przypominasz mi trochę
pewnego chłopca jakieś pół wieku temu – zaczął Jakub
- O czym mówisz tatko? –
zdziwił się Bolko
- A o tym, że wtedy ja też
miałem takie maślane oczy jak ty teraz, gdy zobaczyłem twoją mamę –
rzekł Jakub uśmiechając się do swoich myśli
- Oj piękna ci ona jest, oj
piękna tatko... Aż w piersi coś ściska. Ale mów tatko ciszej nieco,
bo jeszcze coś usłyszy – zaniepokoił się Bolko
- Jeśli jest tak samo mądra i
uważna, jak jest piękna, to te wypieki na twarzy już dawno cię
zdradziły – śmiejąc się rzekł Jakub.
- Nie może to być tatko, to aż
tak widać?! Co robić mam, jeszcze nigdy czegoś takiego nie
doświadczyłem? Chyba się ze wstydu spalę... – rzekł zmieszany i
zawstydzony młodzieniec
- No cóż, mój synu, każdy jakoś
musi sobie z tym poradzić. Nie ty pierwszy i nie ostatni zapadłeś na
tę piękną chorobę... – tajemniczo i sentencjonalnie wyrzekł starzec.
Tymczasem do mężczyzn zbliżała
się Kama, co oznaczało, że muszą zakończyć tę poważną i zabawną
jednocześnie męską rozmowę.
- Mam nadzieję, że
odpoczęliście trochę, bo trzeba nam dalej iść w drogę – rzekła.
- Lęk mnie straszny bierze
Kamo, co z nami będzie? Nasz król był srogim władcą, ale smok... –
jak zwykle martwiła się Anna.
- Nie lękaj się Anno, wyjdź
naprzeciw przeznaczeniu. Idźmy – w jej głosie słychać było mieszankę
pewności i nadziei.
- Już nie mogę się doczekać,
kiedy skończę z tym potworkiem! – z bohaterskim uśmiechem na twarzy
odgrażał się Bolko.
- Już niedługo zobaczysz swego
potworka. Mam nadzieję, że wtedy też dobry humor będzie ci sprzyjał.
Jeśli chcesz, możesz iść pierwszy – wyraźnie drwiła sobie Kama ze
śmiałka.
- Czemu nie! – odparł zuch
Bolko, wysuwając się na czoło - Ja mu pokażę!
Niedaleko uszli, kiedy -
zgodnie ze słowami Kamy- na ich drodze pojawił się smok. Trzy głowy
miała bestia, potężne skrzydła, a ogon ogromny, najeżony kolcami
- O matko jedyna, to on! –
śmiertelnie wystraszył się Bolko
- Kto się ośmiela zakłócać mój
spokój?! – zapytał tubalnym, mrożącym krew w żyłach głosem smok
- Sta...sta...nąłeś na drodze
naszej wędrówki, je...jeśli nie chcesz zginąć, to nas przepuść po
do...dobroci! – wyjąkał z trudem Bolko i wyraźnie nie było mu do
śmiechu
- Cha, cha, cha! Wielu śmiałków
przed tobą wypowiadało podobne słowa i ich kości bieleją teraz na
zboczach wąwozu. Zawróć jeśli życie ci miłe, bo inaczej dołączysz
swoje kości do grona tych zuchów chi, chi, chi! Jedynym sposobem na
przejście tego wąwozu jest odgadnięcie moich zagadek, ale nikomu
dotąd się to nie udało. Dlatego ostatni raz powiadam uciekaj czym
prędzej i ocal swoje nieszczęsne życie - smok śmiał się tym
lekceważącym śmiechem, jaki płynął z siły i przewagi nad ludzką
istotą.
- Chwila, chwila! Zagadki
powiadasz, czemu nie? Jest ze mną tatko mój i mateczka oraz nasza
bardzo mądra przyjaciółka Kama, czy oni też mogą rozwiązywać te
zagadki? – zapytał odważniej już Bolko.
- Mogą odpowiadać tylko osoby
ze sobą spokrewnione, z jednej rodziny –takie są reguły! Biada wam
jednak – jeśli nie odgadniecie, to wszystkich czeka was okrutny los!
– grzmiał smok.
- Tatko, mateczko chodźcie tu
bliżej- zwrócił się Bolko do rodziców. Smok przepuści nas, jeśli
odgadniemy jego zagadki. Jeśli nie to podzielimy los wszystkich
śmiałków, których kości bieleją na zboczach wąwozu.
- Leciwi jesteśmy i zbliża się
kres naszych dni, ale przed tobą Bolko całe życie – zatroskał się
stary ojciec.
- Przykro słyszeć te słowa
synu, ale z drugiej strony los nasz i tak jest niepewny. Nie wiem,
co począć – powiedziała Anna, a jej matczyne serce pękało z bólu.
- Nie mamy wielkiego wyboru-
jak zawrócimy, to i tak nie mamy co począć. Musimy spróbować – z
determinacją rzekł Bolko.
- Niech tak będzie! –
zawyrokował Jakub.
Po krótkiej radzie rodzinnej,
na której na szale wagi losu położyli swoje życie Bolko zwrócił się
do bestii.
- Smoku przystajemy na twoje
warunki, ale jaką mamy pewność, że dotrzymasz słowa i nas
przepuścisz?
- Jak śmiesz zarzucać mi
kłamstwo! Owszem wielu ludzi nie uszło stąd z życiem, ale tylko
dlatego, że przyrzekłem kiedyś, że wypełnię swoje zadanie i nie
przepuszczę tędy nikogo niegodnego. I to jest mój dowód na
prawdomówność, choć jest mi z tym źle i nieraz płakałem nad losem
tych nieszczęśników. Jestem strażnikiem tego przejścia, a właściwie
tego, co znajduje się za wąwozem i wypełniam tylko powierzone mi
zadnie najlepiej jak potrafię. Jestem strażnikiem przepowiedni –
wykrzyczał oburzony smok.
- Ja chyba śnię jakiś koszmar i
jeszcze się nie obudziłam. Znowu jakaś przepowiednia, tajemnica,
smok! – znów w głosie Anny pojawił się lęk i niedowierzanie.
- Zaufamy ci smoku. Co mamy
odgadnąć? – zapytał Jakub.
- Trzy zagadki, niech los wam
sprzyja – odrzekł beznamiętnie smok.
- Dalej smoku, mów – ponaglił
zniecierpliwiony Bolko bestię.
- ,,Mają ją ptaki, choć nie
wszystkie
Ma ją wiatr i na wietrze
liście” – wyrecytował potwór.
- Oj ciężko z nami tatko, toć
istny szyfr – Bolko najwyraźniej stracił pewność siebie.
- Biada nam nieszczęsnym, już
po nas! – wtórowała mu Anna.
- Zastanówmy się. Ptaki mają
dzioby, pióra, skrzydła, łapki, ale nie ,,ją”. Tu musi chodzić o coś
innego, coś co ma tez wiatr i liście na wietrze. Wiatr, jak to wiatr
hula sobie gdzie chce, a liście nim targane też wędrują jak wiatr
zawieje. Ale gdzie tu ptaki? Czekajcie, chyba mam! Niektóre ptaki
zamykane są w klatkach, czego im brakuje? – tylko Jakub zachował
zimną krew i wymówił te słowa, jakby głośno myślał.
- Swobody tatko! – krzyknął
Bolko, wiedząc, że ta zagadka jest już rozwiązana.
- Tak, synu. Brakuje im
wolności! – potwierdził Jakub.
Gdy biedaczyny nabrali
pewności, że ta zagadka przestała nią w istocie być, Bolko zwrócił
się do smoka.
- Smoku! Rozwiązaniem tej
zagadki jest WOLNOŚĆ.
- To nadzwyczajne, to jest ta
odpowiedź. Jak na to wpadliście? – z niedowierzaniem zapytał smok.
- Nieraz pilnując stada owiec
zazdrościłem ptakom fruwającym po niebie, że nikt nimi nie rządzi,
że są wolne. Ale wtedy pomyślałem, że są też ptaki więzione przez
ludzi w klatkach. Sam o sobie myślałem właśnie tak, że jestem
uwięzionym w klatce ptakiem, który pragnie wolności, ale nie jest mu
to dane, bo jest więźniem władcy-tyrana – smutno odpowiedział siwy
człowiek.
- Zaczynam ci współczuć
starcze, bo sam jestem jakby zakładnikiem swego losu, ale nie czas
na sentymenty - czas na kolejną zagadkę:
,,Nie mija króla ni żebraka,
dziwna choroba ta przyjemna
mąci w umysłach, w piersiach
ściska
po nocach spać nie daje.
I lepiej, abyś uwierzył, że
jeśliś nie chorował na nią -
toś nie żył”
- Mąci mi się w głowie od tych
sprzeczności: przyjemna choroba, nie chorował – to nie żył. Kto tu
może coś zrozumieć? – w głosie Anny wyczuwało się niezmienną troskę
i niedowierzanie.
- Zaiste trudno pomiarkować, o
co tu chodzi... Ściska w piersiach, mąci w umysłach. . . Zaraz,
zaraz...Bolko, pamiętasz naszą rozmowę przed Smoczym Wąwozem? –
Jakub zapytał syna.
- Tatko, jakżeby inaczej. O
niczym innym nie myślę – powiedział Bolko wyraźnie się rumieniąc.
- To myślę, że znasz
rozwiązanie tej zagadki... – rzekł pewnie Jakub.
- Ale tatko, myślałem, że to
jest nasza tajemnica. Ciszej, bo jeszcze Kama usłyszy – zaniepokoił
się Bolko.
- Wiem, wiem synu. Ja to powiem
– po czym zwróciwszy się do smoka rzekł-Smoku czy byłeś kiedyś
zakochany?
- A dlaczego o to pytasz? –
smok zmieszał się trochę.
- Bo jeśli nie byłeś zakochany,
toś nie żył smoku. Zakochanie, to jest MIŁOŚĆ jest rozwiązaniem
twojej drugiej zagadki, nieprawdaż? – zagadnął z ironią w głosie
Jakub.
- Dawne to były czasy... –
rozmarzył się smok. Ale co? Tak, tak... O do stu tysięcy baranów! –
wykrzyczał słowa, które mogłyby uchodzić za przekleństwo - Nie wiem
co powiedzieć, ale to jest prawidłowa odpowiedź – wyczuwało się w
jego głosie odrobinę rezygnacji. Nie cieszcie się jednak zbyt
wcześnie – rzekł groźnie- bo przed wami najtrudniejsza z zagadek.
Mój wuj z dalekiego Egiptu ją wymyślił i dotąd jak żyję, a będzie
tego parę setek lat, tylko jeden człowiek -niejaki Ojdipus - zdołał
ją rozwiązać:
,,Co to za zwierzę, obdarzone
głosem, które z rana chodzi na czworakach,
w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech? ”
- Cała nadzieja w tobie tatko,
mi nic do głowy nie przychodzi – blady ze strachu wyrzekł Bolko.
- Tak, to twardy orzech do
zgryzienia – Jakub walczył ze swymi myślami. Zwierząt o czterech
nogach jest wiele – głośno wyjawiał starzec swoje przemyślenia - o
dwóch nogach to znam tylko ptaki, a te mają skrzydła, więc nie mogą
mieć czterech nóg. A zwierząt o trzech nogach nie znam wcale. I
wszystkie zwierzęta jakiś tam głos wydają... – zamyślił się.
- Strach mnie ogarnia, co z nami będzie? Synku mój jedyny. My
leciwi, ale ciebie synku nie przeboleję. Jeszcze dziś mam w pamięci
jak raczkowałeś, stawiałeś pierwsze kroki... – ze łzami w oczach
tuliła Anna swego ostatniego syna.
- Anno! Jesteś naszym
wybawieniem! Gdzie moja trzecia noga - zaraz przetrzepiemy nią skórę
smokowi – Jakub wyraźnie był w dobrym nastroju i skory był do
żartów.
- Tatko chyba wiem, o co ci
chodzi... Nie raz oberwało mi się twoją trzecią nogą po grzbiecie.
Zawsze mówiłeś wtedy:,, Nie ja cię karcę tylko moja trzecia noga!” –
wtórował mu Bolko, który odzyskał już dawny animusz.
- Smoku! To CZŁOWIEK! Człowiek rano, czyli w dzieciństwie chodzi na
czworakach, gdy dorośnie czyli w południe życia chodzi na dwóch
nogach, a na starość, która jest wieczorem życia chodzi -jak ja – na
trzech nogach, podpierając się laską – rzekł pewnie i z zadowoleniem
Jakub.
- Siwa i mądra twa głowa
Jakubie. Tak, zaiste człowiek jest tym zwierzęciem- odezwał się z
uznaniem i nutą smutku w głosie smok.
- Ale co to smoku? Wydaje mi
się, ze posmutniałeś... – zapytał Jakub.
- To nie tak.. Cieszę się, bo
spełniła się przepowiednia. Oto poczciwi, biedni i mądrzy ludzie
dotrą do cudownego ziarna. Ale masz rację starcze, jest mi smutno,
bo cóż ja teraz pocznę. Samotny byłem tu zawsze, ale miałem swą
misję. A teraz zostanę sam, bez celu w życiu i z wyrzutami sumienia,
bo tylu odważnych ludzi postradało swoje życie, by spełniła się
przepowiednia - smok był bliski łez.
- Nie jesteś sam smoku! Widać,
że nie jesteś zły, a wypełniałeś tylko swoje posłannictwo. I widać,
że dotrzymujesz danego słowa także i nam. Zostań naszym przyjacielem
i obrońcą – zaproponował wzruszony wyraźnie Bolko.
- Doprawdy? Chcecie się
przyjaźnić z taką bestią?- zdziwił się smok.
- Tak smoku, bądź nam
przyjacielem! – zaproponowała Anna.
- Dobrzy z was ludzie, ale ja
nie mogę iść z wami. Wzbudzałbym jedynie strach i odrazę. Ale za
przyjaźń i dobre słowo dziękuję. Dam wam pewien przedmiot, magiczną
fujarkę. Jeśli kiedykolwiek będziecie w potrzebie, czy w zagrożeniu-
zagrajcie na niej, a ja przybędę wam na pomoc- odrzekł w wyraźnie
lepszym już humorze smok.
- Dzięki ci smoku, na pewno
dotrzymasz słowa, bo wiesz, co to honor. Ale czy mógłbyś nas teraz
przepuścić? – zagadnęła Kama.
- Droga wolna, a do tego też
niedługa i bezpieczna. Dalej nic wam już nie zagraża. Idźcie zdrowi!
– pożegnał smok wędowców.
- Do zobaczenia smoku! Niedługo
się znów spotkamy! Wszak nie ma innej drogi powrotu, niż przez
Smoczy Wąwóz- rzucił na pożegnanie Bolko.
- Tak, tak. Znów się spotkamy.
I dziękuję wam. Nawet nie wiecie, ile wasza przyjaźń i przebaczenie
dla mnie znaczą! – tu znów trudno było ukryć smokowi wzruszenie, a w
jego oku zakręciła się łza.
Pożegnawszy smoka nasi
utrudzeni wędrowcy udali się w dalszą drogę. Zmęczeni, ale wyraźnie
szczęśliwi, że udało im się ocalić życie. Jakub pierwszy przerwał
milczenie:
- Najgorsze chyba za nami, ale
jak odnajdziemy to ziarno?
- Właśnie! Nie wiemy, gdzie go
szukać – wtórował ojcu Bolko.
- A jak myślicie? Dlaczego z
wami poszłam? - pytaniem na pytanie odpowiedziała Kama.
- Pewnie wiesz coś na ten
temat... – domyśliła się Anna
- Ziarno ukryte jest na półce
skalnej u stóp Tajemniczej Góry – poinformowała Kama.
- A co w tej górze jest
tajemniczego? – zagadnął Bolko.
- A to mniej więcej, że góra ta
dziwnie się zachowuje, gdy ktoś niepowołany chce pozbawić ją skarbu,
po który idziemy. Nieproszonych gości wita lawiną kamieni i w ten
sposób broni cudownego ziarna. Ale do tej pory nikt się jeszcze o
tym nie przekonał, bo nikt tam nie dotarł. I to będzie właśnie
ostateczny sprawdzian dla was, czy to wy właśnie macie odebrać jej
skarb – Kama zaspokoiła ciekawość młodzieńca i jego rodziców.
- A już myślałam, że na smoku
skończyły się niebezpieczeństwa tej wyprawy – znów zatroskanie Anny
dało znać o sobie.
- Każda wyprawa w nieznane może
nas czymś zaskoczyć...Jak to w życiu – odrzekła Kama.
- O! Widzę jakiś niewyraźny
zarys szczytu, może to być ta góra? – zasugerował wyraźnie poruszony
Jakub.
- Z pewnością, bo tam nie ma
innych gór – potwierdziła przypuszczenia starca Kama.
- Kamo, ale skąd ta góra może
wiedzieć, czy ktoś jest - jak to powiedziałaś - ,,powołany”, aby
pozyskać ten skarb? – Bolkowi dalej ta sprawa nie dawała spokoju.
- Miłość to potężna siła, która
promieniuje na cały świat. Ta góra rozpoznaje energię dobrego
serca... – zaczęła objaśniać tajemniczo piękna wróżbitka.
- Ale kto z nas będzie mógł
zbliżyć się do góry? Kto niby ma taką energię i nie postrada
życia za swoje zuchwalstwo?- z przejęciem zapytał Jakub.
- To dosyć proste Jakubie.
Ziarno pozyska ten, od którego to wszystko się zaczęło, czyli
właśnie ty! – odparła krótko Kama.
- Jeśli dobrze wnioskuję, to ta
kobiecina kiedyś na pastwisku nie zjawiła się tam przypadkowo?
– domyślił się Jakub.
- Dobrze myślisz Jakubie, to
wszystko było w przepowiedni – odpowiedziała Kama.
- Wiesz co? Coś w tym jest
Kamo... Wiele lat przeżyliśmy z Jakubem i mogę to teraz powiedzieć,
że codziennie wyczuwam w nim tę dobroć serca, pomimo wielu smutków i
niesprawiedliwości, które razem znosiliśmy – słowa Anny zdawały się
być potwierdzeniem słów Kamy.
Tymczasem dzielna gromada
zbliżyła się do stóp góry. Ich zmęczone wędrówką nogi wyraźnie
odczuwały dziwne drżenie ziemi.
- Chyba jesteśmy na miejscu-
zauważył Bolko.
- Dalej może iść tylko Jakub.
Odwagi dobry człowieku – stanowczo i z zachętą jednocześnie w głosie
zawyrokowała Kama.
- Idź pewnie mężu! Nie wahaj
się!- dodawała otuchy Jakubowi Anna.
Jakub, nie ociągając się
zbytnio, oddalił się od reszty. Po kilku chwilach wrócił, trzymając
w dłoniach szkatułkę, zawierającą cudowne ziarno.
- Oto ono, ale co dalej? Gdzie
zasiejemy to ziarno? – zapytał Jakub pokazując wszystkim tajemnicze
pudełko.
- Najlepiej tam, gdzie
spotkaliśmy Kamę. To miejsce odludne i nikomu się nie
narazimy – zaproponował Bolko.
- A ty Kamo co o tym myślisz? –
odwołał się do mądrości Kamy Jakub.
- Myślę, że Bolko dobrze wybrał
miejsce – odpowiedziała dziewczyna.
- To spocznijmy trochę i w
drogę. Ciekawe co u smoka? – powtórnie zaproponował Bolko.
- Tak, koniecznie musimy nabrać
sił przed drogą powrotną – Annie najwyraźniej spodobał się pomysł
syna.
Wiele trudnych dni spędzili
wędrowcy w drodze powrotnej, ale nie trapił ich już strach i
niepewność o własny los. Po krótkiej gościnie u smoka wyruszyli w
dobrych nastrojach i w końcu dotarli pod szałas Kamy.
- Wreszcie jesteśmy na miejscu
– z ulgą oznajmił zmęczony , ale też szczęśliwy Jakub.
- Kiedy zasiejemy ziarno? –
niecierpliwił się Bolko.
- Najlepiej od razu – na co
mamy czekać?- zaproponował Jakub.
- Racja Jakubie, zróbmy to
teraz! – poparła męża Anna.
- Dobrze. Niech każdy z nas
weźmie trochę ziarna i siejmy! – zachęciła towarzyszy Kama.
Nie ociągając się zbytnio,
podzielili rozległą polanę na cztery części i każdy zabrał się do
wysiewania cudownego ziarna. Gdy już skończyli, zmęczony i
zadowolony jednocześnie z porządnie wykonanej pracy Jakub
zaproponował:
- Myślę, że należy się nam
solidny odpoczynek...
- Czytasz w moich myślach
Jakubie, padam ze zmęczenia! – oznajmiła Anna.
Znużeni, pogrążyli się wszyscy
w błogim, twardym i zasłużonym śnie. To, co zobaczyli po obudzeniu
się wprawiło ich w taki zachwyt, że przez dłuższy czas w tym
zachwycie tylko milczeli.
- Jak tu cudnie Jakubie! - Anna
pierwsza wyraziła swoje uczucia.
- Kama dobrze mówiła – to
ponure i zapomniane przez wszystkich miejsce zmieniło swoje oblicze.
Już wiem, gdzie spoczną kości nasze – wzruszony Jakub, tuląc ją,
zwrócił się do żony.
- Widok przecudny, jeszcze
czegoś takiego nie widziałem. Warto było odbyć tę wyprawę – z
przekonaniem rzekł Bolko do Kamy.
- Tak, wyjątkowo pięknie tu
i...
- A czy mogłabyś wyjawić te
trzy magiczne słowa ze zwoju? Strasznie mnie to ciekawi – zapytał
Bolko nim Kama skończyła.
- Znasz je Bolko -
wypowiedziane zostały w Smoczym Wąwozie: Miłość, Wolność, Człowiek –
wyszeptała z zadumą Kama.
- Tak, to naprawdę magiczne
słowa... – przytaknął znacząco Bolko i zatopił się we własnych
myślach.
- Bolko, cóż tak się
zamyśliłeś? – zapytała Kama.
- Kamo, bo ja...
- Ciii... Nie mów nic Bolku...
To też było w przepowiedni...-tym razem przerwała Bolkowi Kama.
* * *
Tak oto cudowne drzewo o
lśniącej srebrno-białej korze zwane brzozą, dzięki poczciwinie
Jakubowi i jego bliskim dało początek osadzie, którą nazwano
Brzozówką. Ciemny i ponury las z czasem wykarczowano, ale na
pamiątkę tamtych czasów rzekę o ciemnych wodach nazwano Czarną - i
tak jest po dziś dzień.
Bolko i Kama pobrali się
oczywiście i dochowali się licznego potomstwa. Ich pierworodny syn
Jaśko, dusza rogata, nie chciał usiedzieć na miejscu i wyruszył w
świat szukać przygód. Wrócił jednak po pewnym czasie, bo wiedział,
że tam jest jego miejsce w świecie. Na cześć swych ukochanych
przodków ułożył pieśń, którą i dziś usłyszeć wśród szumu liści
brzóz:
Jak wody, powietrza i chleba,
Jak słowa dobrego, gdy męka,
Tak człowiek pragnie w swym życiu,
Miłości drugiego człowieka.
Jak ptak schronienia przed burzą,
Jak dziecko swej matki w udrękach,
Tak człowiek szuka Wolności,
Od kajdan, okowów ucieka.
Bo czas odwiecznie wciąż goni.
Jak rwąca umyka rzeka.
Czas więc, by człowiek po ludzku
Człowiekiem był dla Człowieka.
* * *
Tekst ,,Legendy Brzozówki”
stanowi epicką wersję przedstawienia, opartego na oryginalnym
scenariuszu opracowanym wspólnie przez uczniów kl. V, w ramach kółka
teatralnego pod kierunkiem merytorycznym mgra Janusza Kity w roku
szkolnym 2008/2009.
W tym miejscu pragnę również złożyć
podziękowania na ręce Pani mgr Edyty Kłosek za opracowanie i
wykonanie przepięknej scenografii na potrzeby inscenizacji.
Współautorami tekstu są:
Justyna Bąba - Anna
Miłosz Drwal - Bolko
Patryk Gawlik - Smok
Justyna Golba – Narrator-Kronikarz
Krystian Kapustka - Król
Piotr Kurek – Strażnik I
Kamila Małochleb – Kama
Przemysław Skrukwa - Jakub
Łukasz Świątek – Strażnik II
Katarzyna Urzędowska – Kobiecina- Wróżka
Mateusz Wilk - Prohor

Strona główna
|